Anna Mosiewicz - Jubileuszowe abstrakcje

Anna Mosiewicz

JUBILEUSZOWE ABSTRAKCJE

( wystawa w 40- lecie pracy twórczej Andrzeja Słowika )

 

Charakterystyczna sylwetka tego artysty, nie konwencjonalny styl bycia i tubalny głos sprawiają, że jest on rozpoznawalny w wielu środowiskach Koszalina, nie tylko wśród tych „artystycznych”, znany jest przede wszystkim z tego, co stworzył przez ostatnie czterdzieści lat. Bo właśnie taki jubileusz został przez Galerię „Na Piętrze” Jadwigi Kabacińskiej uhonorowany poprzez otwarcie wystawy, obrazującej obrazy Andrzeja Słowika, stworzone w ciągu poprzedzających ją kilkunastu tygodni. Artysta nie ukrywał, że tematyka płócien, refleksyjna i zawierająca pewien ładunek nostalgii, powstała pod wpływem wierszy księdza Jana Twardowskiego. W kilkunastu dużych płótnach zawarta została kwintesencja tego, co od początku było fascynujące w malarstwie Słowika – rozmach, duża gama kolorystyczna, symbolizm i abstrakcja.

Artysta ten – jak zawsze - przemawia bogactwem koloru, z wielkim wyczuciem zestawiając barwy ciepłe z zimnymi, tworząc kolorystyczne, niefiguratywne kompozycje. Gama kolorystyczna, jaką niezmiennie stosuje w swych obrazach Słowik sprawia wrażenie, jak gdyby zaczerpnięta została z rekwizytów jarmarcznych i ludycznych i nawiązuje do barw strojów ludowych i malarstwa na szkle. Wrażenie to wzmocniło się wówczas, gdy artysta zaczął narzucać na swe obrazy „złote siatki”, które stały się z czasem swoistą „sygnaturą”, jemu tylko przypisaną. Był też w jego malarstwie okres, w którym na prawie każdym obrazie umieszczał złote słońce, aby teraz, po wielu latach, zamienić je na fragmenty koronek, stanowiących nie tylko dekorację....

Barwy palety tego malarza w sposób niezauważalny ewoluują od cynobru, różu indyjskiego, poprzez brązy, ugry, złocienie do kobaltu i błękitu paryskiego. Jednakże widać, że ulubionymi kolorami Słowika są te dwa najważniejsze – czerwień we wszystkich odcieniach i złoto, wywodzące się z dawnej symboliki królewskiej i solarnej, magicznej i ludowej, religijnej i pogańskiej. To malarstwo jest emocjonalne, wyraża nastroje i uczucia, a poprzez swą dekoracyjność dostępne jest wszystkim, niezależnie od stopnia abstrakcji i niefiguratywności.

Andrzej Słowik zawsze kochał malarstwo – nie bez kozery studiował tę dziedzinę sztuki w gdańskiej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych, robiąc w 1969 roku dyplom w pracowni prof. Krystyny ładna – Studnickiej. On, gdy stał się znanym bon vivantem, nazywającym siebie sybarytą, chętnie korzystającym z uroków życia, malował duże obrazy, z rozmachem, szerokim pędzlem, soczystymi barwami, odzwierciedlając na swych płótnach radość i zadowolenie z tego, co jest dookoła. Jedno z takich płócien, pokazujących biesiadę przy stole, zakupiło do swych zbiorów sztuki współczesnej koszalińskie muzeum. Lecz niespokojny duch Słowika kazał mu na jakiś czas zarzucić malarstwo i poszukiwać coraz to nowych form wyrazu artystycznego, co zaważyło na dalszych jego losach.

W połowie lat siedemdziesiątych nastała moda na upiększanie dość brzydkich architektonicznie osiedli, zlecano wówczas projekty i ich realizację młodym artystom, skupionym w Związku Polskich Artystów Plastyków. Tak powstały sgraffitta na ścianach nie tylko koszalińskich budynków, robione przez Słowika wspólnie z Andrzejem Ciesielskim i Edwardem Rokoszem, ozdabiające szczytowe ściany mieszkalnych bloków oraz budynków użyteczności publicznej. Zabudowa tak zwanych plomb, rozbudowa miast oraz powszechne docieplanie ścian unicestwiły te interesujące realizacje, z których żadna do dzisiaj się nie zachowała a ich - trącące już myszką piękno - można zobaczyć tylko na zachowanych, nielicznych fotografiach. Sgraffitta były dla Słowika wyzwaniem – przecież jego specjalność to także malarstwo architektoniczne.

W beznadziei i szarzyźnie stanu wojennego powstał pomysł na „kaszty”, zecerskie szuflady, w które artysta wplatał symboliczne czerwone pajęczyny, wypalone zapałki, złote marzycielskie nici, metalowe kolce ( cenzura ) i wiele innych symboli. Kaszty to lapidarny efekt emocji, skrót myślowy, który był swego rodzaju drogowskazem wiodącym do czarnych skrzynek, zawierających – tak jak te pomarańczowe ze statków i samolotów – trwałą pamięć o przeszłości.

Skrzynki były bardzo intymnym, osobistym zapisem, a wmontowane w nich przedmioty stawały się strażnikami pamięci, materialnym wyobrażeniem zarówno osobistych przeżyć, jak i wydarzeń, po których artysta chciał zostawić ślad. Na dłużej w pamięci została – wyróżniająca się spośród wielu innych - „Madonna z Magadanu 1944-1954”, haftowana na dalekiej Syberii przez matkę artysty, którą odzyskał i poznał mając już jedenaście lat...

Trzecim rekwizytem, który – jak kaszty i skrzynki stanowił ramę okalającą artystyczne treści – stały się okna, których stare piękno i znajomą wszystkim formę nasunął mu zrujnowany dom napotkany gdzieś, na peryferiach miasta. Ratując więc okna z ruin i śmietników, Słowik nadawał im nową funkcję i treść. Na kolejnych wystawach spoglądało się prze te okna na świat, ale już nie rzeczywisty, lecz ten inny, wyobrażony, przeżyty, wyimaginowany. Także i w oknach był typowy Słowik – który na barwne płaszczyzny narzucał złote siatki, czerwone słońca i kobaltowe nieba, a ich ramy ozłacał specjalną folią. Było wielu naśladowców, którzy dość nieudolnie usiłowali wmontowywać w okienne ramy swoje wyobrażenia o malarstwie, lecz okazało się, że tylko Słowik miał swoisty patent na owe „okna na sztukę”.

W artystycznej biografii tego niespokojnego duchem artysty były inne rekwizyty – krzesła, w oparcia których wpisywał swoje kolorowe wizje. Była to swego rodzaju zabawa – do każdego bowiem stylu czy też formy mebla dostosowywał swoje kolorowe, abstrakcyjne kompozycje. Ale to też była efemeryda, krótko trwająca – niestały w uczuciach Słowik porzucił „meble” i zajął się ..starymi mapami, których stonowane tło stało się dla niego kolejnym wyzwaniem. Owe mapy, nieaktualne już, zdobyte w jakiejś centrali zaopatrzenia szkół, na których malował swe „obrazy”, miały – tak jak kaszty, skrzynki i okna – podobny ładunek emocjonalny i nawiązanie do przeszłości. Malarz znowu na krótko wrócił do płócien, eksperymentując z kolorami, starając się przekazać symbolami odczucia i wrażenia, aby po jakimś czasie rzucić się entuzjastycznie w zupełnie inną dziedzinę sztuk pięknych – w ceramikę. Wydawało się, że odnalazł w niej świetne tworzywo dla swej kolejnej pasji, tworząc w swych niezbyt małych dłoniach ozdoby choinkowe, niewielkie ptaszki słowiki, drobne formy ozdabiane – jak saskie figurki – koronkami. Lecz ta zbyt „damska” dziedzina i męski temperament spowodowały, że porzucił przygodę z ceramiką i – jak syn marnotrawny – wrócił do malarstwa, w którym jest wszystko, co odpowiada jego temperamentowi – feeria koloru, symbolika, rozmach, swoboda, niczym nie ograniczone możliwości.

Andrzej Słowik lubi swoje ornitologiczne nazwisko – wykorzystuje je więc w swej sztuce, malując rozmaite słowiki w kapeluszach, cylindrach, tworzył je także w ceramice, ozdabiał ich sylwetkami drzewa i krzewy wokół domu, zapraszając w tak oryginalny sposób na imprezy zatytułowane „Słowik w plenerze”. Zabawny kontrast dużego artysty i niewielkiego słowika, a także pewna nuta kokieterii, związana z potrzebą bycia w centrum uwagi sprawiły, że ów ptasi, bardzo zresztą sympatyczny symbol stał się – jak wcześniej złote siatki – desygnatem właśnie tego malarza. Trudno się więc dziwić, że cytat z poezji Twardowskiego ..”słowik nie narzeka, że nie śpi nocą..” stał się tytułem i zarazem treścią jednego z obrazów jubileuszowej wystawy.

Czterdziestolecie pracy twórczej Andrzeja Słowika zgromadziło w Galerii „Na Piętrze” Jadwigi Kabacińskiej szerokie grono koneserów sztuki i środowisko artystyczne, a władze miasta uhonorowały jubilata specjalną nagrodą.

Warto spojrzeć na świat poprzez pryzmat sztuki Andrzeja Słowika – może wyda nam się lepszy, cieplejszy, barwny i nad wyraz przyjazny . . .